![]() |
N A T A S Z K A |
Mimo iż księżyc
ponownie ukrył się za chmurami i świat pogrążył się w mroku, laleczki błyskawicznie wspięły się na ławkę.
- A ty? –
zawołały do Królika, który pozostał na dole.
- Nie widzę
was! – odkrzyknął niespokojnie, usiłując przebić wzrokiem
ciemność. – Jesteście tam? Musicie stanąć w kręgu i złapać się za ręce!
ciemność. – Jesteście tam? Musicie stanąć w kręgu i złapać się za ręce!
- No! – Antoś
przechylił się przez poręcz ławki i ponaglił go niecierpliwie. – Zostawże ten
rower i właź tu do nas!
- Nie mogę!
Muszę pilnować co się stanie, kiedy zrobicie krąg! Róbcie!
Zrobili
więc. Ale – nic się nie stało.
- Stoicie w
kółko? Trzymacie się za ręce? – dopytywał się niedowierzająco ze swego liliowego
siodełka.
- Wiem! –
wpadła na pomysł Julka, która była najbardziej z całej gromadki wrażliwa i
wyczulona na potrzeby innych. – Spróbujmy wszyscy jednocześnie pomyśleć że
bardzo lubimy Królika! I że chcemy, żeby jego siostra była zdrowa!
Z całej siły
zatem zacisnęli powieki i każde z nich starało się jak najprzyjaźniej pomyśleć
o Króliku i o tym, że bardzo, ale to b
a r d z o chce, by jego mała królicza
siostrzyczka wyzdrowiała. Trzymali się przy tym za ręce tak mocno, że aż
poczuli ból w zaplecionych kurczowo palcach.
I wtedy…
Coś
zaszumiało, zadrgało; przez ciemność przepłynęła
gwałtownie gęsta fala słodkiego zapachu; aksamitny mrok zamigotał i… rozstąpił się,
ukazując ich zdumionym oczom sam środek słonecznego dnia. Przepięknego dnia!
Pełnego ptasich świergotów, trzepotu motylich skrzydeł i brzęku miododajnych
pszczół.
Ojej! O j e j !
O J E J ! ! !
Laleczki
rozglądały się, oszołomione i zachwycone, a Królik – z szeroko rozdziawioną
buzią - nie był w stanie wykrztusić nawet słowa. Nic dziwnego! We wszystkich
zakątkach ogrodu płonęły żywą czerwienią tysiące rozkwitłych róż; rozłożyste
gałęzie drzew uginały się (mimo, iż był dopiero czerwiec!!!) pod ciężarem
dorodnych jabłek, których mnóstwo leżało też na trawie pośród kwiatów; a
wszystko to osnute było – niczym magiczną pajęczyną – karminowymi pędami
dzikiego wina.
- Jak w bajce Babci Marzenki – odzyskał wreszcie
głos Królik. – Zupełnie jak w tej bajce…
Ale –
zachwyty zachwytami, a czas naglił. Podarowana przez Tatusia godzina topniała
zatrważająco, należało zacząć działać. Pierwsza
ocknęła się Izusia. Powiodła bystrym spojrzeniem po zapatrzonych twarzach i zapytała rzeczowo, czy mogą wreszcie puścić swoje dłonie i zejść z ławki. Królik nie wiedział. Rozerwali więc na próbę krąg, a ponieważ Magia Ogrodu trwała nadal, zsunęli się kolejno na trawę i otoczyli rower.
ocknęła się Izusia. Powiodła bystrym spojrzeniem po zapatrzonych twarzach i zapytała rzeczowo, czy mogą wreszcie puścić swoje dłonie i zejść z ławki. Królik nie wiedział. Rozerwali więc na próbę krąg, a ponieważ Magia Ogrodu trwała nadal, zsunęli się kolejno na trawę i otoczyli rower.
- Co teraz?
Mamy jeszcze coś zrobić? Co było dalej w tej bajce?
- Gdzie może
być to lekarstwo? I c o nim jest??? – zagórował nad innymi głoś Antosia. – Wysil się! Może jednak coś
wtedy słyszałeś?!
Królik
przymknął oczy, zsunął brwi i zagłębił się w sobie. Na jego czole
ukazała się pionowa zmarszczka, a na całej miłej twarzy – wyraz ogromnego skupienia. Izusia i Julka, kierowane życzliwością i empatią, podeszły i położyły rączki na jego profesjonalnych, motokrosowych rękawicach. Ale – wszystko na nic! Tosia miauczała wtedy naprawdę głośno i zagłuszyła najważniejsze słowa Babci Marzenki. Dzieci, zawiedzione, posmutniały i rozglądały się bezradnie dokoła.
ukazała się pionowa zmarszczka, a na całej miłej twarzy – wyraz ogromnego skupienia. Izusia i Julka, kierowane życzliwością i empatią, podeszły i położyły rączki na jego profesjonalnych, motokrosowych rękawicach. Ale – wszystko na nic! Tosia miauczała wtedy naprawdę głośno i zagłuszyła najważniejsze słowa Babci Marzenki. Dzieci, zawiedzione, posmutniały i rozglądały się bezradnie dokoła.
- No chyba
się nie poddamy? – zawołała nagle Izusia. – Skoro już tu jesteśmy, i ogród
zdradził nam swoją tajemnicę! Pamiętajcie, że to Godzina Dobrego Serca!
Zaczarowana Godzina!!!
Faktycznie!
To była Godzina Dobrego Serca. Najpierw tatusiowego, a teraz
i ich własnych, przyjaznych serduszek, przepełnionych głębokim współczuciem dla małej króliczej dziewczynki. Nie! Absolutnie nie można było się poddawać! M u s i im się udać!!!
i ich własnych, przyjaznych serduszek, przepełnionych głębokim współczuciem dla małej króliczej dziewczynki. Nie! Absolutnie nie można było się poddawać! M u s i im się udać!!!
Rozpierzchli
się w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby być owym lekiem. Przepatrywali każde
źdźbło i listek, zaglądali pod każde jabłko i do wnętrz wszystkich kwiatów.
Ptaki przechylały główki, zaciekawione motyle przyglądały im się łagodnie, a
pszczoły przynosiły w maleńkich koszyczkach złote krople miodu dla posilenia.
Niczego jednak nie znaleźli,
choć szukali naprawdę gorliwie. A najwytrwalszy był Antoś, żywiący cichutką nadzieję, że tajemnicze lekarstwo pomoże także jego ukochanemu Dziadkowi. Ale i on na nic nie natrafił. I wtedy Julce przemknęła przez głowę zbawienna myśl:
choć szukali naprawdę gorliwie. A najwytrwalszy był Antoś, żywiący cichutką nadzieję, że tajemnicze lekarstwo pomoże także jego ukochanemu Dziadkowi. Ale i on na nic nie natrafił. I wtedy Julce przemknęła przez głowę zbawienna myśl:
-
Słuchajcie! A może znowu powinniśmy stanąć w kręgu i pomyśleć wspólnie?!
- Oj tak! Tak!
Zróbmy tak! – ucieszyli się wszyscy. – Za pierwszym razem zadziałało!
Zadziałało i
teraz. Albowiem, kiedy tylko uczynili ów jednomyślny krąg (Królik tym razem
stanął w nim ze wszystkimi), przez powietrze przepłynęła znana im już fala słodkiego
zapachu - ni to fiołków,
ni bzów, ni jaśminu; a w prawym, północnozachodnim rogu ogrodu rozległ się ptasi trel: piękniejszy i głośniejszy od pozostałych. Wytężyli wzrok. W nieprzebytych, pełnych kwiecia zaroślach ujrzeli ogromne, stare drzewo, którego kora połyskiwała w słońcu najróżniejszymi odcieniami szafiru. Na wysokim konarze niepozorna ptaszyna wyśpiewywała światu swoje arie. Nagły powiew zatargał barwnymi chaszczami; uformowały się w tunel, na którego końcu stała nieduża postać w czerwonej, szpiczastej czapeczce. Ależ to … Nataszka omal się nie zachłysnęła:
ni bzów, ni jaśminu; a w prawym, północnozachodnim rogu ogrodu rozległ się ptasi trel: piękniejszy i głośniejszy od pozostałych. Wytężyli wzrok. W nieprzebytych, pełnych kwiecia zaroślach ujrzeli ogromne, stare drzewo, którego kora połyskiwała w słońcu najróżniejszymi odcieniami szafiru. Na wysokim konarze niepozorna ptaszyna wyśpiewywała światu swoje arie. Nagły powiew zatargał barwnymi chaszczami; uformowały się w tunel, na którego końcu stała nieduża postać w czerwonej, szpiczastej czapeczce. Ależ to … Nataszka omal się nie zachłysnęła:
- Przecież
to Skrzat Franciszek!!!
Istotnie. On
to był. Stał sobie niefrasobliwie, wsparty o pień drzewa, i kiwał na nich ręką,
a minę miał przy tym niebywale zadowoloną. W mig pokonali ów osobliwy, żywy
tunel, utworzony z kwiatów, pędów i liści, i otoczyli przybysza ze wszystkich stron.
Uszczęśliwiona Nataszka zasypała go mnóstwem pytań, ale on najpierw przypomniał
jej o braku czasu, a następnie nakazał wszystkim spojrzeć do góry. Zadarli
głowy. Wysoko nad nimi dziwna, migotliwa kora zatrzeszczała nagle, chrupnęła i
zapadła się w głąb pnia, odsłaniając głęboką dziuplę.
- W tej
dziupli – zwrócił się tajemniczo do Królika – jest To, czego potrzebujesz. Musisz
stanąć na jej brzegu i zanurzyć w Tym… - tu rozejrzał się i zerwał młodziutką,
krwistoczerwoną różę – musisz zanurzyć w Tym ten kwiat, dziękując Odwiecznej Naturze za jej szczodrość
i mądrość. Pamiętaj – powtórzył z naciskiem – m u s i s z podziękować.
A kiedy
Królik zaczął wspinać się na drzewo, Franciszek zapytał resztę dzieci, czy
wiedzą co powinny teraz zrobić. Oczywiście, że wiedziały! Natychmiast ustawiły
się w krąg przyjaźni, chwyciły mocno za ręce, i, zaciskając powieki, myślały
tylko o tym, jak bardzo, ale to b a r d z o chcą, żeby Królikowi udało się wreszcie zdobyć upragnione lekarstwo. I – zdobył je!!! A kiedy wrócił, niosąc ostrożnie swoją różę, wilgotną teraz i lśniącą, jego twarz pod króciutkim futerkiem była biała jak papier, ale – po raz pierwszy odkąd go poznali – absolutnie i bez reszty szczęśliwa. Julka, zarumieniona z emocji, uśmiechnęła się do niego ponad głowami bliźniaczek. Odpowiedział jej szczerym, szerokim
uśmiechem, po czym z ogromną troską ułożył różę w turkusowym koszyku.
tylko o tym, jak bardzo, ale to b a r d z o chcą, żeby Królikowi udało się wreszcie zdobyć upragnione lekarstwo. I – zdobył je!!! A kiedy wrócił, niosąc ostrożnie swoją różę, wilgotną teraz i lśniącą, jego twarz pod króciutkim futerkiem była biała jak papier, ale – po raz pierwszy odkąd go poznali – absolutnie i bez reszty szczęśliwa. Julka, zarumieniona z emocji, uśmiechnęła się do niego ponad głowami bliźniaczek. Odpowiedział jej szczerym, szerokim
uśmiechem, po czym z ogromną troską ułożył różę w turkusowym koszyku.
Skrzat tymczasem,
zerknąwszy ukradkiem na Antosia, pokiwał ze zrozumieniem głową i podał mu taką
samą różę.
- No? –
szepnął serdecznie. – Na co czekasz?
- Naprawdę
mogę??? – chłopcu ze wzruszenia zadrżał głos.
- Naprawdę.
Tylko pamiętaj podziękować Odwiecznej Naturze. To bardzo ważne! – napomniał go
Skrzat, a potem klasnął w dłonie. Wszyscy raz jeszcze stanęli w kręgu i z całej
mocy myśleli o lekarstwie dla antosiowego Dziadka.
Antoś tymczasem, przejęty i spocony, dotarł właśnie
do dziupli. Przechylił się przez jej brzeg i ostrożnie zajrzał do środka. I
zobaczył coś tak dziwnego, że z wrażenia omal nie zleciał na głowy przyjaznego
kręgu. Hen, nisko, na samym dnie mrocznej głębi leżało czerwone, żywe serce i…
biło rytmicznie, wtłaczając w tkanki drzewa migotliwą poświatę. Nieziemsko piękna,
rozjaśniała ciemne wnętrze dziupli magicznym blaskiem, podpływała lśniącą,
giętką smugą do góry, aż pod stopy zapatrzonego chłopca. A on stał tak i
patrzył przez długą, pełną zachwytu chwilę. Wreszcie ocknął się i - pomny słów
Skrzata - zanurzył w
owej roziskrzonej smudze płatki swojej róży. A potem pokłonił się sercu i zawołał:
owej roziskrzonej smudze płatki swojej róży. A potem pokłonił się sercu i zawołał:
- Dziękuję!
Za wyleczenie mojego Dziadka dziękuję! Bardzo! Najbardziej na świecie!
Ach, ileż
żarliwości było w jego głosie; ile szczerej, kochającej wdzięczności.
A potem… Ale
o tym jak zakończyła się Godzina Dobrego Serca, a także o tym w jaki sposób
miały leczyć róże – opowiem następnym razem.
Obiecuję.
Obiecuję.