![]() |
N A T A S Z K A |
się
owymi doskonałymi włoskimi lodami) i Tatuś musiał ratować biedulkę klepaniem po chudziutkich plecach. Gwałtowne odgłosy
wywabiły przed dom Dziadków oraz zwierzaki, a wtedy to już naprawdę zrobiło się
gwarnie i
wesoło. Nic dziwnego:
niespodzianki były fantastyczne! Rowery miały trąbki przy kierownicy, malutkie
kółeczka doczepione do tylnego koła, a także białe bagażniki i urocze
różowe
koszyczki na drobiazgi.
- Są dla was
– zwrócił się Tatuś do Nataszki i Izusi. – A jak już będziecie jeździły pewnie,
to te boczne kółeczka się odkręci.
Zosia, która
miała już rower (jako jedyna z
dziewczynek potrafiła jeździć na dwóch kółkach),
dostała pasującą do niego hulajnogę – Rodzice wiedzieli, że od dawna o takiej marzyła.
Julka,
właścicielka trójkołowego motorowerka,
została obdarowana nadmuchiwanym,
uśmiechniętym delfinem, trzymającym w pyszczku różowy strój kąpielowy.
- A
deskorolka? – chciała wiedzieć Nataszka. – Czyja jest deskorolka?
- Deskorolka
jest wspólna – pogładziła ją po
policzku Mamusia.
- Macie już
trzy, ta jest czwarta, więc żeby mi więcej nie było sporów ani przepychanek –
dodał, niby to srogo, Tatuś. -
Zrozumiały panny?
I dalejże
piszczeć, wypróbowywać jednoślady, oglądać strój i przytulać delfina.
- Tatusiu!
Tatusiu! Kupisz nam też takiego delfina, żebyśmy miały na basen z Julką?
A potem był
obiad. Wyśmienity! Ponieważ dziewczynki najbardziej na świecie lubiły spaghetti
– dostały dziś swoją ulubioną potrawę. Do tego Babcia postawiła na stole
prawdziwy
A kiedy już
ostatnie sznureczki makaronu zniknęły z talerzy, na
stole zjawiła się salaterka pachnących truskawek, które zjedzono równie ochoczo.
stole zjawiła się salaterka pachnących truskawek, które zjedzono równie ochoczo.
Zaledwie uprzątnięto
po obiedzie, a u drzwi rozległ się dzwonek i oto w progu stanęła Ciocia Ania.
Uśmiechnięta tajemniczo, niosła coś przed sobą ostrożnie, a kiedy wyłuskała to
z kolorowego papieru, oczom zebranych ukazało się… Ojej!
Najprawdziwsze
akwarium! Ojej!!! Akwarium było kuliste, a wewnątrz pływała sobie żywa rybka.
Prześliczna!!! Różowiutka, niewielka, z milutkimi oczkami i rozkosznymi,
przejrzystymi dziewczynek otrzymała też od Cioci maleńkie, urocze sandałki, pasujące kolorem do sukienki.
Uzgodniono,
że akwarium będzie stało na białej, rzeźbionej komodzie w rogu jadalni, tuż obok
pięknego modelu żaglowca, który dawno temu skonstruował Pradziadek Zenek (tatuś
Babci Marzenki). A potem Ciocia Ania
tłumaczyła dziewczynkom jak mają opiekować się rybką, czym i ile razy ją karmić
oraz w jaki sposóbNataszka – perfekcyjna jak zwykle – zauważyła, że przecież rybka nie może żyć bez imienia. Toteż usiadły wszystkie
przy ogromnym stole w jadalni, tuląc do siebie swoje misie i wysuwając kolejne propozycje. Ale zanim cokolwiek uzgodniły, u drzwi znowu zadźwięczał dzwonek. Tym razem była to Ciocia Jola z Antosiem. Rozradowani oboje, roześmiani
od ucha do ucha i obładowali niesłychaną ilością toreb, pudeł i paczuszek. Okazało się, że Ciocia Jola, która była siostrą Tatusia, odwiedziła rankiem ich rodziców w niedalekim Włocławku, i
- Ojej,
ojej! Cha, cha, cha! Hi, hi, hi!!! No nie mogę!!! - zaśmiewała się niemal do łez Zosia, której szalenie zabawne
wydawało się otrzymanie
przez Tatusia prezentu na Dzień Dziecka.
- No co, no
co – pomrukiwał obronnie Tatuś, rozrywając niecierpliwie papier na swoim
podłużnym pudle. – W końcu jestem dzieckiem moich rodziców, prawda?
Oczy mu przy
tym błyszczały, nad czarnym zarostem pojawił się rumieniec, i w ogóle –
wyglądał jak mały, ciekawski, ogromnie rozemocjonowany chłopiec.
- Ach-jej!!!
– zakrzyknął wreszcie, wydostawszy na światło dzienne zawartość pudła.
Rodzina
natychmiast – i jak najsłuszniej – podzieliła jego zachwyt; Tatuś bowiem dostał
od swoich rodziców przepiękny i
niezmiernie elegancki trencz (czyli lekki płaszcz męski) w kolorze jasnego
błękitu. Mamusia też dostała prezent:
maleńki, zgrabny aparat fotograficzny, którym z miejsca zaczęła robić zdjęcia.
Nawet dla Babci i Dziadka znalazły
motkami włóczki i kompletem drutów oraz butelka wybornego trunku. Dziewczynki zaś wyłuskały dla siebie śliczne, różowe hula hop i ogromną piłkę-kostkę, obciągniętą limonkowym welurkiem.
- Mamusiu!
Mamusiu! Możemy wybiec przed dom się pobawić?!
Ale głos
zabrał Tatuś:
- Za chwilę
– orzekł, zdejmując swój piękny płaszcz – najpierw jeszcze moja niespodzianka.
A właściwie: dwie niespodzianki .
Wprzód jednak... – tu Tatuś zawiesił głos i wyszedł.
Wszyscy wiedzieli, że udał się do
czerwonego pokoju, powiesić płaszcz w szafie. Na szczęście nie trwało to długo;
wrócił zanim dzieci zdążyły się zniecierpliwić. W rękach trzymał wspaniałą,
prawdziwie profesjonalną deskorolkę, którą uroczyście wręczył siostrzeńcowi.
- O rany… -
Antoś w pierwszej chwili zamarł z wrażenia, a następnie
bardzo żywiołowo okazał
szaleńczą radość.
- No? A
druga niespodzianka? – Zosia swoim zwyczajem wdrapała się na tatusiowe kolana i
przysunęła twarz do jego okularów. – Jaka jest ta druga niespodzianka?
- Do mojej
drugiej niespodzianki – Tatuś dmuchnął w
potarganą grzywkę córeczki – musicie zdjąć te śliczne sukienki i
wskoczyć w jakieś zwykłe ubrania. Najlepiej w takie, których nie szkoda w razie
czego…
- W
razie czego ? – chciała wiedzieć dociekliwa Nataszka.
- No… w
razie… zaplamienia przy grillu!!! – Tatuś potoczył triumfalnym
spojrzeniem po
wszystkich twarzach. Uśmiechał się przy tym łobuzersko, i po raz kolejny tego
dnia wyglądał jak mały, uszczęśliwiony psotnik, któremu udał się najwspanialszy
z psikusów. Bo i rzeczywiście: zaskoczenie zgromadzonych było bezgraniczne.
- Jak to –
zapytała wreszcie Mamusia – to my mamy grill, Kochanie???
- Tak,
Najdroższa! Mamy! I grill, i całe oprzyrządowanie! A także ławki, stół i
leżaki… Słowem: wszystko! – i Tatuś, wciąż niebotycznie rozradowany, ucałował
tkliwie obie dłonie Mamusi . Rzucił się też szarmancko do rąk Babci i obu Cioć,
po czym pośpieszył do garażu, który na kilka ostatnich dni przeistoczył się w tajne składowisko
skarbów.
- Możecie
zaprosić Królika i jego siostrzyczkę – powiedział jeszcze do córeczek. – Odwiozę
ich potem do domu.
Dziewczynki
natychmiast pobiegły do telefonu, a Antoś ruszył za swoim wujkiem, by pomóc mu
nosić potrzebne sprzęty. Za Antosiem podążyły Ciocie, za nimi Dziadek…
Ale o tym
jak udał się ów pierwszy w Juleczkowie grill, a także o tym, co jeszcze miał do
zaoferowania dzieciom ten Dzień Frapujących Niespodzianek – opowiem następnym
razem.
Obiecuję.
Bardzo lubię do Ciebie wracać Bajarko :) Twoje posty czytam z dużym zainteresowaniem i choć na chwilę myślami przenoszę się do tego cudownego miniaturowego świata. Te historyjki mogą w zupełności zastąpić bajki na dobranoc dla dzieci :) O bogactwie miniaturek to już nawet nie wspominam, bo zawsze mnie zachwycają. Przepiękne klapeczki i włóczkowy koszyczek :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam cieplutko :)
Witaj, Anaesko! Miło jest gościć w Juleczkowie kogoś tak przyjaznego światu jak Ty. Cieszę się, że lubisz tu zaglądać i zapraszam Cię jak najczęściej. Nad klapeczkami spędziłam cały wieczór i teraz jestem z nich bardzo dumna. Pozdrawiam Cię bajkowo i cieplutko..
UsuńJak ja się cieszę, że tu trafiłam:) Świetna historyjka:))
OdpowiedzUsuń...ile wspaniałych laleczek! ...ile cudeniek! ...jaki bajkowy domek!...zostaję i pozdrawiam serdecznie!:))
Dziękuję za pozdrowienia i za sympatyczną wizytę w posiadłości. I zapraszam do częstego tutaj zaglądania. Masz bardzo interesujące blogi, Ponurkowałam w nich sobie i jestem pod wrażeniem. Serdeczności!
Usuń26 lipca 2015 13:16
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń