![]() |
J U L K A |
Zaledwie
dziesiątka laleczek zasiadła w jadalni nad wyśmienitymi
pucharkami Cioci Ani, a
na trawniku przed domem rozległ się znajomy gwizd i po chwili – zanim jeszcze
zdążyli zerwać się z miejsc i wybiec - w
drzwiach stanął nie kto inny jak… Królik! We własnej osobie! Własnej, ale jakże
odmienionej. Po pierwsze – był dziwnie onieśmielony (może dlatego, że nigdy dotąd nie składał jeszcze wizyt w domu Julki?). Po drugie: tym razem nie przyjechał chyba rowerem, ponieważ zamiast swego wspaniałego, motokrosowego stroju miał na sobie zwyczajny,
trochę nawet zabawny kombinezon w paski. Przyozdobiony – Antoś parsknął na ten widok tajonym śmieszkiem – wytworną czarną muchą w białe kropki. A po trzecie (ale za to najważniejsze!) – oczy Królika były dziś tak absolutnie, tak bezbrzeżnie szczęśliwe, że dzieci wzruszyły się patrząc na niego i poczuły odrobinę
nieswojo. Na szczęście gość dość szybko zwalczył onieśmielenie i przybrał swój normalny, pyszałkowaty, dobrze już znany gromadce wyraz twarzy. I zaraz wszystkim zrobiło się raźniej. Natychmiast też wszczął się nieopisany rozgardiasz i zgiełk. Powitania mieszały się z zaproszeniami do stołu i wybieganiem do kuchni po dodatkową porcję deseru, a także z robieniem
miejsca i pośpiesznym przesuwaniem krzeseł i pucharków. W międzyczasie opowiadano mu na wyścigi o telefonie od Cioci Joli, o wyzdrowieniu antosiowego Dziadka, o tłocznej nocy w salonie i o zmianie uczesania Zosi. Zerknął na nią i kiwnął głową na znak że tak lepiej. Dziewczynka zarumieniła się, uradowana z tej niemej pochwały, a Nataszka, sumienna
jak zwykle, zapytała go dlaczego nie je, przecież sorbet się rozpuści. W tym samym momencie Julka, która bardzo uważnie (choć ukradkiem) obserwowała Królika, zdecydowała się zapytać o jego siostrę. Oczy mu rozbłysły, a twarz pod miłym futerkiem opromienił uśmiech tak szeroki, że aż cała jadalnia pojaśniała. I wszyscy w mig zrozumieli, że jego małej siostrzyczce musiało się bardzo polepszyć. I tak oto – przez ten piękny, pełen szczęścia poranek przetoczyła się kolejna fala oszałamiającej radości. Zaraz też wyszło na jaw, dlaczego przybysz nic nie je: otóż obie ręce zajęte miał ostrożnym ukrywaniem za plecami sporej papierowej torby, wypełnionej arbuzowymi plastrami.
- To od
mojej Mamy – wyjaśnił – dla was. Sama wyhodowała je w naszym ogródku w donicy.
No i teraz przesyła wam… z podziękowaniem… za to że poszliście ze mną… i… w
ogóle… – ponieważ głos mu się niebezpiecznie załamał, zakrzyczeli go
radośnie, poklepując po uszach i
ramionach, i uwalniając od apetycznej torby. Ktoś pobiegł do kuchni po
talerzyki, ktoś inny podetknął mu szklankę soku na rozluźnienie gardła; nastrój
zrobił się prawdziwie szampański. Elegant wrócił do równowagi i z lubością
zatopił łyżkę w pucharku. Reszta zaś – z głośnym mlaskaniem i oblizywaniem
słodkich od soku palców – zajęła się podarunkiem od jego Mamy. A kiedy ostatni kęs arbuza znikł w łakomej buzi, i ostatnią różową kroplę wysiorbano z talerzyka, z poddasza zjechali dorośli i – okazało się, że zaraz trzeba będzie się żegnać, niestety. Zarówno bowiem Ciocia Wiesia, jak i Ciocia Zosia musiały wracać do swoich domów i do pracy. Jaka szkoda! Jaka ogromna szkoda!!! A dzieci tyle planów ułożyły sobie na dzisiejszy dzień. Tyle wspaniałych planów!! Cóż…
- Już wiem!
– zawołała naraz Nataszka z ogromną ulgą. Pojęła wreszcie
dlaczego deser podano
dziś po śniadaniu, a nie jak zwykle po obiedzie.
Owo odstępstwo od normy od samego początku nie dawało jej spokoju,
albowiem zakłócało ściśle ustalony ład i
porządek dnia. No, ale skoro wszyscy mieli teraz wyjechać… Nic dziwnego, że
Ciocia Ania przyśpieszyła swoje pucharki.
Zaczęto się
żegnać.
Juleczkowo
dziwnie przygasło, zupełnie jakby zasnuły je chmury, chociaż
pogoda nie uległa
zmianie i słońce nadal świeciło na niezmąconym niebie.
Zaledwie
obie siostry Mamusi zniknęły za ogrodzeniem, wlokąc za rączki swoje ociągające
się dzieci; a zaraz do swego biura udała się Ciocia Jola i – zabrała Antosia.
O! Wtedy to już nawet Szaruś i
Jantar zwiesili mokre noski na kwintę.
Przez kilka
następnych minut wydawało się że tego osowiałego poranka nic już nie uratuje. Choć
jeszcze wszak przed kwadransem wydawał się szczęśliwszy i radośniejszy od
innych…
Ciocia Ania
co prawda próbowała podnieść dzieci na duchu proponując im
to lizaki, to sok
poziomkowy, a nawet po porcji lodów, ale, ponieważ niczego nie chciały,
pogłaskała tylko zasmucone buzie i udała się do kuchni, gdzie czekał stos
naczyń do zmywania. Tatuś pośpieszył jej z pomocą; Mamusia na poddaszu czuwała
nad snem Wiktorii, przeglądając czasopisma i nabierając sił; i tak oto w całym Juleczkowie zaległa cisza, przerywana tylko pluskiem wody i odgłosem odkładanych na półki talerzy.
Dziewczynki
wyszły przed dom, ale nawet ze sobą nie rozmawiały. Nataszka zajęła się
polerowaniem niewidocznych plamek na kryształowym szybie windy (w chwilach
przygnębienia zawsze szukała czegoś do uporządkowania). Izusia usiadła na
progu, Zosia przycupnęła obok i położyła jej główkę na kolanach. Julka
wtuliła
buzię w cieplutkie futerko Kicusia i zamyśliła się nad czymś głęboko, a Królik
stanął nieopodal i popatrywał na nią ukradkiem, zastanawiając się gorączkowo co
by tu zrobić. Dziewczynki bowiem były tak markotne, że aż serce bolało patrzeć.
Nagle… W ten smutek i ciszę wdarł się jakiś dźwięk. Królik nastawił uszu.
-
Słyszałyście?
Nie, niczego
nie słyszały.
Dźwięk
powtórzył się i teraz nawet Kicuś zareagował: drgnął, podniósł łepek, po czym
zeskoczył z kolan Julki i stanął słupka, nieruchomiejąc w nasłuchiwaniu. Tylko
dziewczynki nadal niczego nie słyszały. Dźwięk tymczasem rozbrzmiał po raz
trzeci, niesprecyzowany ale jakby bliższy. Królik, zaintrygowany, porozglądał się
czujnie, i wreszcie ustalił skąd
dobiega dziwny odgłosik. Podkradł się,
najciszej jak to tylko możliwe, do zachodniej ściany domu, tej z oknem od
czerwonego pokoju, i…
Ale o tym
kogo – maleńkiego i bezbronnego – odnaleziono za narożnikiem i co z tego wynikło
opowiem następnym razem.
Obiecuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz