![]() |
N A T A S Z K A |
Nataszka
bardzo długo przewracała się z boku na bok w swojej mięciutkiej
pościeli. Było
jej gorąco, choć przecież noce majowe nie są jeszcze aż tak ciepłe; no i – nie
mogła przestać wyobrażać sobie jak też
będą smakowały leżakujące w lodówce rolady.
Siostrzyczki
dawno pozasypiały, Rodzice też już spali; ich równe oddechy napełniały
przestrzeń sypialni spokojem, gwarantującym dziewczynce miłe poczucie
bezpieczeństwa i ładu.
Po raz
kolejny odwróciła się twarzą w stronę pokoju i z lubością wróciła
O! W
aksamitnej ciemności mignęło białe futerko Kicusia, po czym w mgnieniu oka
zniknęło pod kołdrą Julki.
„Ciekawe,
jak on się tu dostaje…” – zastanowiła się Nataszka. Wiedziała,
że króliczek śpi
z Julką każdej nocy. I to mimo iż tatuś zbudował mu prześliczne posłanie w
kształcie kwiatka, które dziewczynki troskliwie wymościły różową poduszką z
sofy. Posłanie owo początkowo wędrowało po całym Juleczkowie: to do salonu, to
do jadalni, to znowu na taras – w zależności od tego, gdzie akurat rezydowały
laleczki. W końcu znalazło zaciszną przystań w czerwonym pokoju, tuż obok
biurka Tatusia, który polubił bliskość zwierzątka w czasie swojego pisania.
Kicuś też to chyba polubił, bo zawsze wtedy przybiegał w pobliże tatusiowego
fotela. Albo wskakiwał na biurko. Poza tym - dniem (i nocą) nie odstępował
swojej najukochańszej Julki. Teraz też.
„Ciekawe –
ponownie zastanowiła się Nataszka – ciekawe
j a k on się tu dostaje z
parteru… Windą nie, bo przecież byłoby ją słychać…”
I w tym
momencie (ale d o p i e r o w tym) – usłyszała! Charakterystyczny,
melodyjny pomruk pięknego kryształowego urządzenia, które wjeżdżało z salonu na
poddasze. Ale… dlaczego z salonu? Przecież Rodzice przed kilkoma kwadransami
wjechali nim na górę, jakim więc sposobem zjechało piętro niżej? I k t o
jechał nim teraz???
Nataszka aż
usiadła na łóżku, wpatrując się pilnie w ciemność w kierunku
szybu windy,
znajdującego się na wprost jej tapczanu, od strony nóg. Ale nic nie było widać.
Doskonale za to słyszała jak winda zatrzymuje się, otwiera i… cisza… nadal
cisza… Nagle – na półce z zabawkami, wiszącej nad tapczanikiem, coś zaszurało,
jakby ktoś przesunął wagony drewnianego pociągu; jednocześnie dał się słyszeć
cichutki szept:
- Zjedź do
salonu…
Nataszka w
pierwszej chwili pomyślała, że jej się wydawało. Ale nie:
- Zjedź do
salonu. Natychmiast – szept był odrobinę głośniejszy i troszkę
zniecierpliwiony.
Ponieważ w
tych ciemnościach niczego nie można było zobaczyć,
Nataszka, której odważne serce nie wiedziało co to
strach, postanowiła posłuchać tajemniczego głosu i – zjechała do salonu. Pierwszą
czynnością, którą wykonała po wyjściu z windy było zapalenie światła.
Natychmiast też bardzo uważnie się rozejrzała, ale – nikogo nie dostrzegła.
Wyjrzała na taras: też nic. Obeszła wkoło bujany fotel, ale nadal nikogo nie
było. Wreszcie, kiedy już zaczęła tracić nadzieję, jej uszu dobiegł rozbawiony
chichot. Zza… zza kominka?Tak, zza kominka. Odwróciła się i spojrzała w tamtą stronę. Nisko nad podłogą, w wąskiej szczelinie między bokiem kominka a wysokim regałem
– coś poruszyło się gwałtownie, zamigotało kolorami i – znieruchomiało, wlepiając w dziewczynkę parę okrągłych, ciemnoniebieskich oczu. To „coś” to był… Niewiarygodne…
- Kim
jesteś? – zapytała, wstrzymując oddech i czując, że jej własne oczy robią się
równie okrągłe i ogromne ze zdumienia.
- Jestem
Skrzat Franciszek – odpowiedziała maleńka osóbka, podkręcając
wąsa i dumnie
wypinając pierś.
- A ja
jestem Nataszka – dygnęła grzecznie laleczka.
Skrzat
Franciszek machnął familiarnie ręką:
- Wiem,
wiem, znam cię. Jesteś najspokojniejsza z całej czwórki. I masz najładniejsze
włosy.
Fakt. Włosy
Nataszki były długie, ciemne i niezmiernie gęste, zupełnie jak włosy Tatusia, i
wszyscy się nimi
zachwycali. Ale jej samej wcale się nie podobały; tysiąc razy
wolałaby jasną czuprynkę którejś z sióstr, tak podobną do pięknego, złotego koka
Mamusi. Skrzat Franciszek zdawał się o tym wiedzieć, bo pokręcił z dezaprobata
głową, ozdobioną wysoką, szpiczastą czapką i mruknął pod nosem:
- Eeech,
białogłowskie plemię. Wszystkie jesteście takie same. Wszystkie i zawsze, i w
każdym miejscu świata. Nic, tylko
grymasy przed lustrem…
A potem zapytał,
przechylając głowę i przyglądając się Nataszce z
zaciekawieniem:
- Chcesz
zobaczyć jakbyś wyglądała z jasnymi włosami?
Oczywiście,
że chciała. I to bardzo!
- To biegnij
do lustra.
Z ociąganiem,
albowiem bez przekonania, udała się więc do łazienki. Tutaj, nad umywalką,
wisiało duże, kryształowe zwierciadło w rzeźbionych ramach, inkrustowanych
drogimi kamieniami. Zerknęła.
- Och!!!
Ach!!! – wokół twarzy, nad czołem, na plecach i wzdłuż ramion wiły się i
polśniewały najczystszym złotem… włosy
jasne jak u Julki i najpiękniejsze jakie kiedykolwiek widziano. Miękką
jedwabistą falą osłaniały całą niemal koszulkę nocną i wprawiały laleczkę w
pełen niedowierzania zachwyt:
- Jak to?
Jak to??? W jaki sposób? Niczego przecież nie poczułam… Są takie śliczne… Jak
to zrobiłeś? – pytała Skrzata Franciszka, nie przestając
dotykać obfitych
pukli, i gładzić się nimi po buzi.
- Mam swoje
metody – bąknął niewyraźnie.
Wsparty o
dolną krawędź umywalki, zadarł wysoko głowę i przyglądał się Nataszce z
ukontentowaniem.
- Z tymi
włosami jesteś podobna do Skrzacinki Janinki, wiesz?
- Kto to
jest Skrzacinka Janinka?
Ale on,
zamiast odpowiedzieć, ruszył w stronę drzwi, pociągając dziewczynkę za sobą.
- Zjedźmy do
kuchni, tam odpowiem na wszystkie pytania. Tylko najpierw musisz poczęstować
mnie kawałkiem rolady. Czekoladowej.
- Ach, nie! –
weszli do salonu. – Rolady nie wolno mi dotykać. Tylko Mamusia może ją pokroić,
ale dopiero jutro po śniadaniu.
- Ale ja mam
na nią strrraszszny apetyt! I to teraz! – Skrzat Franciszek
wskoczył na pufę ,
odwrócił się twarzą do Nataszki (był teraz niemal tak wysoki jak ona), i okropnie
zatoczył oczami, masując się jednocześnie po okrągłym brzuszku. – Jestem bardzo
głodny – dodał łagodniej, tonem żałosnej skargi.
- Ojej –
przejęła się dziewczynka – chodźmy do windy. Ale rolady naprawdę nie wolno nam
napocząć.
Zastanowiła
się przez chwilę.
- Już wiem!
Poczęstuję cię babeczkami z lukrem. Są przepyszne. Zgoda?
- A jakiego
koloru jest lukier? – chciał wiedzieć Skrzat Franciszek.
- Biały i
różowy. I jeszcze żółty z czekoladowymi paseczkami.
- To
wybieram… różowy! – zakrzyknął i zamknął dokładnie drzwi windy. – Na pewno jest
malinowy… - rozmarzył się, przełykając
ślinkę.
A kiedy
Nataszka nałożyła mu babeczki na talerzyk (aż dwie!) i nalała mleka do najładniejszego,
niedzielnego kubeczka; usadowił się wygodnie w komorze umywalki i zaczął wcinać tak
łakomie – mlaszcząc przy tym i posapując - że aż sama poczuła głód. Ponieważ
jednak Mamusia z całą stanowczością zabraniała nocnego objadania się
słodkościami, dziewczynka wlała sobie tylko odrobinę mleka i – z bliziutka i
bardzo uważnie przyjrzała się Skrzatowi. Nie wiadomo ile mógł mieć lat: jego włosy
i gęsta broda były co prawda całkiem srebrne, ale za to oczy i sprężyste ruchy –
zupełnie młode. W
swojej czerwonej czapeczce, fioletowym kubraczku, żółtych
rajtuzach i purpurowych ciżemkach wyglądał zabawnie i bardzo sympatycznie. A do
tego – jakby znajomo? Może przybył tu wprost z bajki o Królewnie Śnieżce? W
Juleczkowie wszak w s z y s t k o było możliwe.
- Skąd się
tu wziąłeś ?- zapytała zaciekawiona, kiedy tylko tajemniczy przybysz zaspokoił pierwszy głód.
- Mieszkam
tu.
- Tutaj? –
rozejrzała się odruchowo po kuchni. – Nigdy cię nie widziałam.
- N i k t mnie nie
widział. Tobie pierwszej się pokazuję.
- Dlaczego?
- Bo cię
lubię.
- Dlaczego nikomu
innemu się nie pokazałeś?
- Bo…
Ale o tym, dlaczego
Skrzaty od wieków ukrywają się w zakamarkach
dowiecie się następnym razem. Wtedy też
usłyszycie historię Skrzata Franciszka i jego licznej rodziny.
Obiecuję.